Paryżewo!
Patison w podróży, czyli powrót do Garage House w ostatni dzień roku! Pierwszy raz Wszystko nowe, ekscytujące i baardzo...
Prawie dwa miesiące w Polsce. Tak, jak pisałam Wam ostatnio, życie w Garage House skutecznie mnie wciągnęło i uspokoiło. Miałam czas, aby ponownie odkryć okolice, w której mieszkam. Zbierałam bukiety kwiatów, odwiedzałam Ulę, piekłam ciasta i jeździłam merolem. W tym samym czasie udało mi się ugasić pożar na uniweku. Zaliczyłam wszystkie egzaminy z całego roku w zaledwie kilka tygodni. Ostatni, właściwie najtrudniejszy, zaliczałam ustnie jeszcze w piątek przed wyjazdem. Jestem z siebie dumna, choć nie jestem dumna z mojego uniwersytetu. Czas w Garage upłynął mi bardzo szybko i już w prawie tydzień jestem tutaj, we Francji, w Lyonie.
Najpierw pod górkę, potem obok cmentarza w dół, przez łąkę, drogę, drugą łąkę i jestem u Uli :)
Na dowód swoich słów dotyczących piąteczek w indeksie. Jestem z siebie dumna, bo załatwiłam tę sprawę, jednak na samą myśl o Uniwersytecie Śląskim dostaję furii i szału. Paranoi związanych z moim wyjazdem, zaliczeniami, egzaminami, niekompetencją ludzi, chaosem i humorami Pań było co nie miara, naprawdę. Ale to doczeka się kiedyś odrębnego tekstu, ta parodia na to zasługuje.
Fotka, z której jestem tak cholernie dumna! Pstryknięta moją starą mydelniczką (tak, tak, teraz jest już nowy LG). Szklana buteleczka z bukiecikiem kwiatów, z bąbelkami powietrza na łodyżkach, na fioletowej serwetce. Cudo. Jestę fotografę.
Znaleziony. Magiczny. Jak gdyby aleksandryt. Cudownie zmienia kolor z fioletu po szary, niebieski a wieczorem bije głęboką czerwienią. Jeden z moich amuletów.
Sielanka w Garage House.
W ubiegłą sobotę po 12 godzinach podróży dotarłam do Lyonu. O 11 wyjechałam na lotnisko, o drugiej miałam lot, potem autobus, jeszcze metro i… 2 godziny czekałam Paryżu na swój pociąg do miasta lwa. Przed północą wysiadłam na Part Dieu, gdzie z kwiatkami czekała moja wspaniała przyjaciółka, Evghenia. Wróciłyśmy na gapę autobusem na Baudelaire i okazało się, że w ogrodzie jest wielka impreza. Zdążyłam tylko wrzucić swoje rzeczy do norki, umyć ręce i zęba po całym dniu i już za chwilkę siedziałam z przy stole pełnym wina i tytoniu, przy wielu świecach i lampkach, słuchając jak Julien brzdęka na gitarze a francuska Anuszka śpiewa nacjonalistyczną piosenkę z Burgundii. „Jestem, wróciłam”- pomyślałam i jakoś ciągle trudno było mi uwierzyć…
Pomimo podróży i zarwanej imprezą nocy, rano wstałam już o 7 i od razu chciałam poczuć to moje życie tutaj. Czekała na mnie przeurocza niespodzianka, którą przygotowała jak zwykle Evghenia. Mówiące drzwi to już chyba tradycja. Mam wielkie szczęście, bo w moim życiu są ludzie, którzy tak jak ja kochają tego rodzaju drobiazgi, niespodzianki i wiadomości. W Garage House jest S, który na mój powrót wyczarował niesamowite rzeczy, jest też Ula, z którą jadamy cudowne śniadanka i pijemy piękne kawki, i jest też Evghenia, która pomaga mi się zaaklimatyzować tutaj. Jestem szczęściarą.
Shlimak, bo tak długo mnie nie było, tak długo wracałam :) Prawda, że urocze?
Pierzaste drzewka Villeurbanne, aleje Gratte Ciel. Ktoś ma pojęcie, co to za gatunek?
Zbyt długo nie mogłam wysiedzieć na Baudelaire. W niedzielne popołudnie namówiłam Evghenie na jeszcze jedną wycieczkę na gapę. Uderzyłyśmy do najfajniejszego miejsca w Lyonie. Tutaj czuję się jak bohaterka książek o Harrym Potterze lub jestem w zespole Pana Samochodzika i szukam skarbów. A takich tutaj nie brakuje. Każde drzwi na starówce kryją niesamowite dziedzińce, przejścia, korytarze i wieże. Mam już kolekcję takich zdjęć a nawet nagrań, więc muszę kiedyś przygotować coś tylko o tych zakątkach.
Targi starych książek, plakatów i map nad rzeką. Nie, nie wiem nad którą, są dwie i zawsze je mylę :)
Wystawa jedwabników. Bo Lyon to miasto lwa i jedwabiu.
Nie udało nam się zbyt długo wysiedzieć w Lyonie. W środę wybrałyśmy się do Vienne, małego miasteczka oddalonego o 20 minut od aglomeracji. Tanie bilety, (ja 7, Ev 10 jurków), herbata w termosie, banany i bagietka i w drogę! W pociągu siedziałyśmy przez pierwsze 5 minut w pierwszej klasie i kiedy zaczęłyśmy chwalić komfort i wygodę przedziału, zorientowałyśmy się, że… nie to nie nasze miejsca. W drugiej klasie wszystkie fotele były już zajęte, usadowiłyśmy się zatem na półkach bagażowych i chichrałyśmy się całą drogę.
W tym miejscu proponuję puścić sobie naszą ukochaną muzyczkę, tiii tiii tiiii a więc Bowerbirds:
”
W Vienne odbywa się właśnie festiwal muzyczny a my nie miałyśmy żadnych większych planów. Snułyśmy się wzdłuż rzeki, wspinałyśmy się na pobliskie wzgórza, gubiłyśmy w uliczkach. Leniwe, spokojne, niewymuszone szlajanie się po nowym mieście dobrze nam zrobiło. Było tak jak być powinno.
Kupcie nam bilet. Tak Wy. Kupcie nam bilet do Marsylii, Burgundii, na północ, gdzie bądź!
„Chciałabym, żebyśmy mogły częściej sobie na to pozwolić” powiedziała Evghenia. To prawda. Plecak, aparat, pociąg. Niech nam tylko ktoś kupuje bilety na te cholernie drogie pociągi.
Wcale nie jestem tak daleko od Polszy. Z Vienne do Piotrkowa Trybunalskiego jest 1641 km, widzicie?
Tak, znalazłyśmy sklep z wypchanymi zwierzątkami. Mam ochotę to wydrukować i powiesić na pewnych drzwiach na uniwerku…
Na sprzedaż?
Pogoda była bardzo zmienna, od skwaru po burzę, która złapała nas właśnie na szczycie pobliskiego wzgórza. Mokre i zmarznięte wróciłyśmy potem do centrum posłuchać jazzu przy piwku.
Amulet numer 2. Ukochany zegareczek w szlanej kuli od S.
W tłumie aroganckich, nadętych i rozpieszczonych Francuzów, Evghenia okazała się perełką z Mołdawii, która podziela wschodnioeuropejskie problemy i sposób myślenia. Czasami, kiedy siedzimy na tarasie przy winku, z skręconym papieroskiem, Evghenia mówi, że nigdy w życiu nie sądziła, że będzie w stanie zaprzyjaźnić się z kimś, kto nie mówi po rosyjsku, rumuńsku czy właśnie francusku. Że będzie biegle opowiadać o swoim związku, studiach, pracy, problemach w kolejnym języku. Dzięki mnie, jej angielski jest płynny, choć ciągle pełen uroczych wpadek. Teraz ja liczę na to samo, teraz wskakujemy na francuski :)
Wiecie, w dniu wyjazdu z Polski, zrobiłam sobie jeszcze małą przejażdżkę moim cudownym mercedesem W124. Wcześnie rano snułam się po swoich ulubionych miejscach w Chełmku by jeszcze raz poczuć ich klimat i pożegnać się z autem, które sprzedaję. Będę cholera tęsknić. Już tęsknię. Nie tylko za nim :)
Zdjęcia: Ja, Patison