Alzacja Mercedesem

Jak już Wam donosiłam na fanpejdżu, jestem już w Lyonie i pod 3 dniach intensywnej walki z nowym miastem udało mi się znaleźć mieszkanie i zadokować się w nim. Korzystając z nieco przyjemniejszych, ale jednak ciągle dusznych godzin nocnych w Lyonie (na liczniku 28°C!) chciałabym Wam pokazać trasę, którą zrobiliśmy beżowym mercedesem : )

Jest to orientacyjny plan naszej trasy, gdyż nigdy nie będę w stanie nanieść godzin i kilometrów błądzenia i szukania odpowiedniej drogi! Podróżowanie z GPS z mapą z 2008 roku i papierową mapą Europy 1:100000 w kraju płatnych autostrad nie jest łatwe ; )

W moim ostatnim wpisie Pokątna nad Odrą donosiłam, że dotarliśmy już do Bielefeldu. U rodzinki utknęliśmy na dwa dni, ale już we wtorek o 4 nad ranem byliśmy w Beżyku i pompowaliśmy na południe, aby jak najszybciej przekroczyć granicę Francji. Udało nam się to zrobić bardzo lokalnie, bardzo przyjemnie, gdyż podróżowaliśmy lokalnymi drogami, które zygzakami wiły się od wioski do wioski. Winnice, piękne domy, udekorowane podwórka. To była Alzacja. Niemiecki klimat na francuskiej ziemi utrzymywał się dosyć długo, gdyż ciągle mijaliśmy jakieś ~heimy, ~bergi czy ~willery, jednak im dalej na południowy zachód tym robiło się bardziej francusko.

Pierwszą zaplanowaną atrakcją była kaplica Château du Haut-Barr obok Saverne. Budowla z 1100 roku została osadzona na czerwonym piaskowcu górującym nad Saverne. Z tego względu, kaplica nazwana została „Okiem Alzacji”, która kiedyś strzegła ważnego przejścia Col de Saverne. Skała wygląda niesamowicie a prowadzące po jej szczytach pomosty umożliwiają ogarnięcie całej okolicy. Mury Château du Haut-Barr zostały wpasowane w kamień, więc całość robi ogromne wrażenie.

Zwiedzanie Château du Haut-Barr jest bezpłatne, jednak wszędzie natkniemy się na tabliczki z zakazem organizowania pikników i imprez na górze, więc niestety nie mogliśmy się tam rozbić, choć planowaliśmy! ; )

Następnie zwiedziliśmy Saverne i zapuściliśmy się w lasy i polne ścieżki w poszukiwaniu miejsca do rozbicia namiotu.

Urlopowanie się w mercedesie przetestowaliśmy w ubiegłym roku i teraz bez wahania ograniczyliśmy się do podróżowania i nocowania na własną rękę. Żadne hotele, gościńce czy nawet hostele. Pakując się na wyjazd do Francji, zabraliśmy ze sobą namiot i śpiwory, więc przez ostatnie 2 tygodnie mieszkaliśmy w mercedesie.

Najczęściej szukaliśmy miejsc oddalonych od głównych dróg, ustronnych miejsc, gdzie bez problemu można się nie tylko rozbić, ale i umyć czy przebrać. We Francji sprawa jest zdecydowanie łatwiejsza niż w Polsce, gdyż tutaj nikt nie wysypuje śmieci do rowu czy na łąkę. Jest czyściutko i schludnie, więc rozbić można się absolutnie wszędzie, co niestety w Polsce nie jest takie powszechne. Nocowanie na dziko jest trudno tylko przy większych miastach- tam większość terenów, które wg  Google Maps są zielone i odpowiednie na noc, okazują się ogrodzone i oznakowane charakterystycznym znakiem Propriété Privée.

Jeżeli chodzi o wodę to w każdą podróż zabieramy ze sobą cztery 5l butle z wodą. Napełniamy je przy każdym źródle (co we Francji nie jest trudne, gdyż prawie w każdej wiosce jest miejsce ze źródełkiem i basenem, więc wystarczy się zatrzymać i zatankować) lub jeżeli poruszamy się drogami ekspresowymi, zjeżdżamy i czaimy się na kogoś, kto właśnie jest w ogrodzie czy przed domem : )

Na pierwszą noc we Francji wybraliśmy takie ustronne miejsce na lekkim wzniesieniu, z dala od drogi i hałasu. Wcześniej wyposażyliśmy się w pierwszy ser i tutaj sugerowałam się nazwą, więc bez wahania wybrałam serce Lyonu czyli Coeur de Lyon. Bo od czegoś trzeba zacząć poznawanie miejsca, gdzie pomieszkam kolejne 6 miesięcy, prawda?

Zdrówka dla Was, kolejne części z wyprawy już wkrótce!

Au revoir!

Zdjęcia: kokopelia.pl